Kiedy misja przestanie być walutą? O godność finansową w kobiecych zawodach
- Dział: Walki pracownicze
Białe kołnierzyki, niebieskie kołnierzyki – to pojęcia odzwierciedlające podział pracowników na tych wykonujących pracę fizyczną i umysłową. A czy znacie termin „różowe kołnierzyki?
Tego terminu po raz pierwszy użył amerykański ekonomista, profesor William Jack Baumol, w swoim artykule z 1967 roku: „Makroekonomia zrównoważonego wzrostu: anatomia kryzysu miejskiego”. Baumol wprowadził ten termin dla określenia kategorii zawodów zdominowanych przez kobiety, zatrudnione głównie na stanowiskach biurowych, administracyjnych czy usługowych. Już wtedy zwracał on uwagę na zróżnicowanie płacowe w obrębie tych zawodów, a w szczególności na niższe wynagrodzenia i mniejsze szanse awansu w porównaniu z zawodami zdominowanymi przez mężczyzn.
Kategorię spopularyzowała następnie Louise Kapp Howe w swojej książce „Pink collar Workers” (Pracownice w różowych kołnierzykach: W świecie pracy kobiet), wydanej dziesięć lat później (1977 rok). Autorka zastosowała sformułowanie pink collar do opisu stanowisk takich jak na przykład sekretarki, nauczycielki, pielęgniarki czy opiekunki. Prace te były w tamtym czasie rozumiane zasadniczo jako rozszerzenie tradycyjnych obowiązków domowych kobiet – w konsekwencji były one niżej wynagradzane, a same pracownice miały ograniczone możliwości awansu. Ich prestiż w porównaniu z pracami wykonywanymi przez „białe” i „niebieskie” kołnierzyki, był znikomy. Howe zbadała, w jaki sposób oczekiwania społeczne, normy płciowe i nierówności strukturalne ograniczały kobiety do wspomnianych wyżej stanowisk. Zawody te były niedoceniane, mimo iż ich znaczenie dla funkcjonowania gospodarki i społeczeństwa ma – co jest dziś, miejmy nadzieję, oczywiste – fundamentalny charakter.
O ile Baumol w swojej pracy koncentrował się na kategoriach ekonomicznych, Howe rozszerzyła to pojęcie o wymiar społeczny, wskazując na trwałe dysproporcje ekonomiczne i strukturalne. Już w ’77 roku badaczka wskazywała na problemy, z jakimi borykają się kobiety i orędowała na rzecz poprawy tych warunków.
Misja, nie profesja
Od przywołanej publikacji minie zaraz pół wiek. Dość czasu, by zmienić język, lecz za mało, by realnie zmienić porządek rzeczy. „Typowo kobiece zawody” – profesje „różowych kołnierzyków” – wciąż funkcjonują poza logiką (męskiej) pracy. Są zawieszone między profesjonalizmem a moralnym obowiązkiem, traktowane jak misja – nie ciężka, wymagająca i odpowiedzialna praca, jaką przecież są. Czas najwyższy zadać głośno pytanie: kiedy wreszcie te „typowo kobiece zawody” przestaną być traktowane jako misja, a zaczną być traktowane i opłacane jak ciężka i profesjonalna praca?
Od kobiet oczekuje się, by miały „serce na dłoni” – jesteśmy wszak „stworzone do opieki”, a nasza empatia to przecie dar od Boga. Ten społecznie narzcony „dar” zamieniamy na dyplomy pielęgniarek czy nauczycielek, etat w DPS lub Domu Dziecka, godziny spędzone na opiece nad dziećmi czy odpowiedzialną pracę administracyjną. I wówczas okazuje się, że „serce na dłoni” ma nam zastąpić godziwe warunki płacy i pracy.
Co kluczowe, już na samym początku naszej drogi zawodowej wpadamy w pułapkę „powołania”. W sektorach zdominowanych przez kobiety, od dekad panuje przekonanie, że satysfakcja z pomagania innym jest elementem zastępującym nam godne zarobki. To szantaż emocjonalny, który wywiera na nas społeczeństwo. Czy pielęgniarka, opiekunka w DPS lub Domu Dziecka, nauczycielka, może prosić o podwyżkę? W praktyce – nie. Nikt nas nie pyta, jak ciężką pracę wykonujemy, dźwigając na barkach ciężar ludzkiego cierpienia lub wykonując tytaniczną pracę w edukacji. Przecież to nasza „misja”, do tego rzekomo zostałyśmy stworzone.
Problem polega jednak na tym, że „misją” nie da się zapłacić czynszu, a w sklepie nikt nie przyjmie zapłaty w postaci „wdzięcznego uśmiechu podopiecznego”. Kobieta, która po ośmiu godzinach pracy biegnie na dodatkowe zlecenie, aby móc się utrzymać, nie ma zasobów, by wciąż dawać z siebie „serce”. Dodajmy do tego: niedofinansowana opieka oznacza złą opiekę. My tą „misją” nie zapłacimy czynszu, w sklepie nikt nie przyjmie od nas zapłaty w formie „uśmiechu wdzięcznego podopiecznego”. Kobieta, która po ośmiu godzinach pracy biegnie na dodatkowe „zlecenie”, by przeżyć, nie ma zasobów, by dalej dawać z siebie „serce”. Niedofinansowana opieka to zła opieka.
NIEWIDZIALNE FUDAMENTY: administracja, woźne, sprzątaczki
Często zapominamy o kobietach, bez których żadna szkoła, szpital czy urząd by nie przetrwał. Woźne, sprzątaczki, pracownice administracji, pomoce nauczyciela to grupy, których praca bywa skrajnie niedoceniona. Pracownice szeroko pojętej administracji zarządzają setkami dokumentów, znają i stosują skomplikowane przepisy, śledzą ich każdą zmianę, a to wszystko za najniższą krajową lub niewiele ponad. Z kolei sprzątaczki, woźne, pomoce nauczyciela, wykonują ciężką pracę fizyczną, dbają o bezpieczeństwo naszych dzieci, a pieniędzy na ich wynagrodzenia zawsze brakuje.
SEKTOR PRYWATNY: praca bez siatki bezpieczeństwa
Jeszcze trudniejsza sytuacja panuje w sektorze prywatnym. Nianie i opiekunki do osób starszych to często „niewidzialna armia”. Pracują bez umów, bez prawa do urlopu i chorobowego, a ich emerytura praktycznie nie istnieje. Te kobiety zyskują w domach, w których pracują miano „członków rodziny”, co wymusza na nich dyspozycyjność 24/7 za stawkę, która często nie pozwala im na samodzielne życie. Statystyki potwierdzają systemowe niedoszacowanie pracy kobiet. Im bardziej sfeminizowany zawód, tym niższy prestiż finansowy.
Wnioski są proste: kobieta opiekująca się drugim człowiekiem lub wspierająca system edukacji zarabia mniej niż osoba pracująca w sektorze komercyjnym. Według danych GUS personel niemedyczny w placówkach opiekuńczych to w 91% kobiety. To my, niesiemy na plecach system, który nasze kompetencje, odpowiedzialność, cierpliwość i multitasking wycenia najniżej jak to tylko możliwe.
Czego potrzebujemy?
- GODNEGO WYCENIANIA PRACY W SZKOŁACH – nasza rola jest kluczowa dla edukacji i bezpieczeństwa przyszłych pokoleń;
- UCYWILIZOWANIA RYNKU PRYWATNEGO – programów, ustaw, rozporządzeń wspierających legalne zatrudnienie niań i opiekunek osób starszych, by każda godzina pracy była liczona do emerytury;
- REALNYCH PODWYŻEK W ADMINISTRACJI I OBSŁUDZE – koniec z „równaniem do dołu”, w miejscach, gdzie odpowiedzialna praca urzędnicza jest wyceniana na poziomie płacy minimalnej;
- ODEJŚCIA OD NARRACJI POŚWIĘCENIA – praca to kontrakt, umowa pomiędzy stronami. My dajemy profesjonalną wiedzę i nasz czas, rynek musi dać nam godziwą zapłatę.
My, kobiety, kochamy swoją pracę, ale mamy dość bycia zakładniczkami własnej empatii. Chcemy móc wykonywać nasze zawody z dumą i finansową niezależnością. Misja niech będzie dodatkiem, pojawiającym się w momencie, gdy nasze podstawowe potrzeby bytowe są zabezpieczone.
Czas, by portfele kobiet przestały być rozliczane w „walucie wdzięczności”, a zaczęły realnymi pieniędzmi.
Małgorzata Ziółek
Warszawska Międzyzakładowa Komisja Personelu Niepedagogicznego
